Zresztą, co to za gadanie, że coś jest polityką, więc z definicji zasługuje na potępienie? Polityką jest wszystko, co polityk czyni. Kiedy polityk likwiduje bezrobocie, wyprowadza swój kraj z kryzysu, zapewnia mu bezpieczeństwo i rozwój albo obala zbrodniczy reżim, też jest to działanie obliczone na zdobycie popularności wśród wyborców. I nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna tego faktu za dyskredytujący. Wyznaczając Ameryce cel w kosmosie, podobnie jak przed czterdziestu laty Kennedy, oczywiście realizuje Bush polityczne cele. Stawia przed swoim krajem wyzwanie, ktore nie pozwoli mu zgnuśnieć na pozycji supermocarstwa nr 1, które inne kraje, w tym konkurenta do roli supermocarstwa - Chiny, zmusi albo do podjęcia rywalizacji z USA, albo do współporacy z nimi, uruchamia potężny motor dla przyszłego rozwoju cywilizacyjnego, zwłaszcza w dziedzinie nowych technologii itd. Ale przede wszystkim przypomina o jednym z odwiecznych marzeń ludzkości i przybliża tegoż marzenia realizację.
Tym, co w medialnych komentarzach irytuje mnie najbardziej, jest powracająca zawsze przy takich okazjach fala demagogii w stylu "najpierw zlikwidujmy biedę na ziemi, a potem będziemy sobie mogli pozwolić na wyrzucanie miliardów w kosmos." Za takim gadaniem często nawet stoi zacność intencji, bo to przecież prawda, że na ziemskim globie są obszary przeraźliwej nędzy, a i w krajach bogatych, USA nie wyłączając, wielu ludzi żyje w dziedziczonej z pokolenia na pokolenie biedzie. Trudno się tym nie martwić. Ale oprócz współczucia dla biednych, trzeba też starać się myśleć. Nawet gdyby wszystkie pieniądze świata przeznaczono na dokarmianie głodujących krajów w Afryce i Azji, niczego by to nie zmieniło - po pewnym czasie całe przysłane jedzenie zostałoby zjedzone i ludność tamtejsza znów zaczęłaby głodować, a jeszcze, czego było wiele przykładów, uległaby przez ten czas kompletnej degeneracji, bo pomoc spadająca z nieba rozbija wszelkie społeczne więzi i oducza wszelkich cnót. Problem krajów biednych może być rozwiązany tylko przez te kraje. Jak długo panują tam plemienne wojny i zbrodnicze reżimy, wszelka pomoc jest tylko wspomaganiem mafii. Jak długo hołduje się w biednych krajach mentalności leśnych zbieraczy, którzy myślą tylko o dniu dzisiejszym, żadna pomoc nic na dłuższą metę nie zmieni. Trzeba by przyjść z wojskiem, siłą zaprowadzić porządek, żeby rozdzielić pomoc humanitarną sprawiednliwie - spróbowali tak zrobić Amerykanie za czasów Clintona w Somalii i długo nie mogli wyjść z szoku, patrząc, jak ci, którym chcieli pomóc, pastwią się z radością nad trupem amerykańskiego żołnierza. Zresztą - nie dość zaprowadzić ład, trzeba by potem mieszkańców biednego kraju - chyba przystawiając lufy do pleców? - zmusić, by zaczęli pracować dzień w dzień po osiem godzin, tak jak się pracuje w krajach bogatych. Nikt się na to nie zdecyduje. Tak samo zresztą trzeba by chyba zmusić siłą do pracy biedotę krajów bogatych, która często po prostu woli żyć z zasiłków.
Można by biednym krajom pomóc przynajmniej o tyle, żeby uczciwie z nimi handlować. Ba, ale o tym właśnie obłudnicy, tyle gadający o swej wrażliwości na biedę, nie chcą słyszeć. To, że polityka rolna Europy oznacza nędzę Afryki i Azji, to prawda powszechnie wypychana ze świadomości. Podobnie jak fakt, że to właśnie obszczekiwana przez światową lewicę Ameryka jest największym na świecie importerem dającym utrzymanie wielu rodzinom w biednych krajach, choć deficyt handlowy odbija się na jej gospodarce.
Ma się to nijak do wypraw kosmicznych. Jeśli świat, zamiast wydać na nie biliony dolarów, przeznaczy te pieniądze na inne cele, biedy na Ziemi od tego nie ubędzie. Jeśli plan Busha doczeka się realizacji, poprawi na pewno światową koniunkurę i przysłuży się gospodarce, a na tym ubodzy moga zyskać.
![]()
Witrynę utrzymuje "Grupa URANOS"
Komentarze, opinie:
kontakt@uranos.org.pl
Ostatnie uaktualnienie: 7.IV.2004